Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
znajomijoe.pl blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl darmowe forum val.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl forumforum.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
. . . see through the w r e c k a g e into the fire inside my heart ~

Rozdział II


Otworzyłam przemęczone oczy, poraził mnie blask wschodzącego słońca.. Po chwili poczułam chłód przeszywający moje ciało. Wstałam otrzepałam się z ziemi i poszłam do domu. Po chwili zobaczyłam Luthera idącego w moją stronę.
- Szukałem Cię właśnie, Anthony mówił, że gdzieś Cię tu znajdę więc…
- No, co chcesz? – przerwałam mu szybko.
- Nie zimno Ci? Chcesz płaszcz? – zapytał, z chęcią wzięłabym, płaszcz, ale nie chciałam tak łatwo dać za wygraną, więc kiwnęłam głową, że nie mam zamiaru wkładać jego okrycia. – No nieważne, dziś przyjeżdża rodzina... więc dlatego Cię szukałem, jedziemy na zakupy i w ogóle, Anthony powiedział, że dom musi lśnić.
- Kurde! – zapomniałam na śmierć o wizycie rodziny, a miała przyjechać moja siostra Janet. – A od kiedy Anthony taki czyścioch? – zdziwiłam się.
- Przyjeżdża jego była żona i syn.
- Ona ma syna?!
- Wiesz, w końcu ma się te trzydzieści jeden lat. – mruknął Luther.
- No niby tak, ale w każdym razie nie spodziewałabym się. – powiedziałam skacząc na kałuże błota.
- Nie chlap, że człowieku.. – wywrócił oczami Luther. – Poza tym też bym się nie spodziewał, do Ciebie ktoś przyjeżdża?
- Siostra, chyba.
- Ah.
Dalszą drogę przeszliśmy w milczeniu. Rodzice Luthera nie żyli, a on sam wychowywał się w sierocińcu, nie miał nikogo i nie lubił takich wizyt. Same odwiedziny, były raz w miesiącu, ponieważ mieliśmy wyznaczone terminy, kiedy mogliśmy się widywać z rodziną i ze znajomymi. Nasz świat był dla nich zamknięty, takie były ustalone prawa i tego trzeba było się trzymać.
- Nie jesteś już zła? – zapytał, kiedy staliśmy już przy drzwiach, a ja trzymałam rękę na klamce.
- Jestem, ale co mi z tego?
- Nie wiem..
Weszliśmy do środka, Sophie i Ane biegały ze ścierkami, Carla przymierzała jakieś kolczyki, Jake siedział na fotelu czytając gazetę, a Anthony.. właśnie! Pierwszy raz w życiu widziałam jak Anthony grzebie w lodówce i wyciąga jedzenie. Nikt go nigdy nie odwiedzał, nikt nie domyślałby się, że miał żonę, i że może mieć syna.
- Nareszcie! – jęknął. – Szybko zbierajcie się! I włazić do samochodu, skoro wszyscy są to możemy jechać. – krzyczał zacierając ręce.
- Ale... Anthony, muszę się przebrać, jestem przecież… nie dość, że brudna i nieuczesana… to mam na sobie pelerynę i…
- Trzeba było nie spać w lesie! - przerwał mi nagle i spiorunował wzrokiem, potem pchnął w stronę drzwi, a mój opór nic nie dał. Niecałe pięć minut później cała nasza siódemka siedziała w samochodzie. Nikt się do siebie nie odzywał, wszyscy siedzieli jak słupy soli wpatrując się tępo w szybę. Oczywiście, za kółkiem siedział Anthony.
W końcu wysiedliśmy i wszyscy się rozluźnili.
- Nigdzie nie idę. – szepnęłam.
- Idziesz, wszyscy idziemy. – mruknął Anthony, a Ane go poparła.
- Do cholery jasnej! To, że przyjeżdża twoja... – i wtedy na ustach poczułam zimną dłoń Luthera. – Pieprz się! – syknęłam, kiedy ją ściągnął. Wszystkie oczy były wbite we mnie i w chłopaka.
- Dobraaa… - powiedział Jake, jak zwykle chciał złagodzić sytuację. Co i tak nigdy mu nie wychodziło.
- Ty idziesz po to, Ty po to, a wy po to.. – mruknął Anthony i każdemu dał kartkę z jakimś produktami.
Miałam iść z Lutherem po owoce... mandarynki, pomarańcze, ananasa i inne…
Nie odzywał się do mnie cały czas… aż w końcu przerwałam tę cisze.
- Tylko Ty wiedziałeś?
Spojrzał na mnie i zaczął wybierać jabłka.
- Tak... – sapnął w końcu. – Oczywistą oczywistością, było dla mnie, że przecież Ty nie powiesz nikomu... Anthony mi ufał, a teraz… Dzięki Ruth.
- Nie ma problemu. – wyszczerzyłam zęby i zapłaciłam za soczyste jabłuszka.
- Boisz się? – zapytałam po chwili.
- Niby czego?
- Na przykład... no wizyty tych wszystkich ludzi, słyszałam, że ich nie cierpisz.
- Bo nie cierpię, ale nie mam się czego bać. Zjem kolację i zamknę się w pokoju. To chyba będzie najlepsze rozwiązanie.
- Rób jak uważasz.
Pochodziliśmy jeszcze trochę po straganach z owocami i wyszliśmy z tego całego harmideru ludzi.
- Mamy jeszcze niecałą godzinę – mruknął Luther patrząc na ulicę.
- Chodź… do kawiarni chodź! – wyszczerzyłam zęby i pociągnęłam go za rękę.
Pięć minut później siedzieliśmy w cichym kącie popijając kawę.
- Mów coś. – szepnęłam.
- Po co?
- Bo uwielbiam Cię słuchać.
- Mnie? – zdziwił się Luther. – Myślałem, że dopuszczasz tylko Anthonego.
- Anthony to stary koń i mnie nie rozumie, nigdy nie zrozumie… wiesz, że wczoraj powiedział, że jestem arogancka i hałaśliwa?
- Teraz już wiem, ale przecież taka jesteś.
- No… być może, ale ja uważam inaczej.
- Zawsze uważasz inaczej… - powiedział Luther patrząc głęboko w filiżankę kawy. – Chodź, nie chce tu siedzieć.
- Ale ja chcę!
- To zostań.
- Nie zostawisz mnie przecież. – spojrzałam na wstającego chłopaka. Wiedziałam, że mnie nie zostawi, byłam wprost pewna, a jednak…
- To cześć.
I tak o to, siedziałam sama w kawiarni przyklejona do szyby, patrzyłam bezczelnie na przechodniów. Nie wiem ile mi na tym zeszło, ale prawdopodobnie długo, choć nie wydawało się długo. Zadzwonił telefon, odebrałam i spadł na mnie grom z jasnego nieba, był to Luther.
- Czekam na Ciebie i czekam, ile ty będziesz jeszcze tam siedzieć? – usłyszałam ten miły głos. Czyli jednak mnie nie zostawił, czekał na mnie, wiedziałam…
Rozłączyłam się i szybko wyszłam na zewnątrz, padał deszcz i nagle coś czarnego zasłoniło mi niebo. Wielki czarny parasol niesiony przez Luthera.
- Mogę ponieść?! – zapytałam wyciągając ręce w stronę rączki parasolki , ale on spojrzał na mnie więc odpuściłam.
Doszliśmy do parkingu gdzie stało nasz samochód. W środku był już Anthony, wsiedliśmy Luther od razu przeniósł się do tyłu, a ja poszłam na przednie siedzenie.
- Oglądasz przepis? Na kaczkę?! – zadrwiłam. – Ty umiesz gotować?
- A żebyś wiedziała, że umiem, ile na was można czekać co?
- Mieliśmy przecież czas… dwie godziny, zresztą jakby na to nie patrząc, byliśmy jeszcze z Lutherem w kawiarni i w ogóle to jesteśmy pierwsi więc łaskawie mógłbyś się… - dłoń Luthera znowu zasłoniła mi usta.
- Chodź Ruth… chodź. – powiedział i pociągnął mnie w tył samochodu.
- Zawsze mną sterujecie! – warknęłam. – Nie mogę nic z tym zrobić.
- To ty nami sterujesz. – powiedział i zamknął oczy. Nie mając co ze sobą zrobić wyszłam z samochodu i powiedziałam, że pójdę do domu sama. Droga była długa, niestety, padał deszcz, ale było miło. Nie przeszkadzało mi nawet to, że jakiś samochód jadąc z nadmierną szybkością ochlapał mnie błotem.
Droga do naszego domu była utajona i wiedła przez las, kiedy dotarłam, wszyscy w już byli, być może od godziny… dwóch, trzech. Szczerze to wcale mnie to nie obchodziło. Weszłam i zabłociłam korytarz, a także schody wiodące do naszych pokojów. Za niecałe pięć sekund w domu rozległ się wielki wrzask. ‘Ruth’, nie przejęłabym się, gdyby nie był to głos Luthera. Weszłam do swojego pokoju, szybko ściągnęłam ubranie, a także buty i założyłam piżamę, zbiegłam po schodach i zobaczyłam Luthera ścierającego moje plamy.
- Dawaj ja to zrobię! – krzyknęłam w jego stronę, a ten nic, jakby ogłuchł.
W końcu do niego podeszłam i wyrywałam mu ścierkę z ręki.
- Idź stąd. – powiedział. – Nic nie potrafisz uszanować, nic! Idź się wykąp… i nawet nie pokazuj się w kuchni.
Popatrzyłam na niego i zrozumiałam, że kaczka się nie udała. A jak kaczka się nie udała, to całe spotkanie rodzinne się nie udało.
W końcu wykąpana spojrzałam na zegarek, za piętnaście trzecia. Chciałam się położyć na łóżko i przespać, ale coś tknęło mnie, żeby zejść na dół i zobaczyć co się tam dzieje.
Ubrałam czystą białą szeroką bluzkę i jakieś spodnie. Znalazłam się w kuchni, atmosfera była miła, aż za miła. Ane i Sophie obierały warzywa, Anthony czytał gazetę, Carla wkładała naczynia do zmywarki, a Luther i Jake, składali duży stół.
- Mogę pomóc, jakoś? – zapytałam. W jednej chwili wszyscy podnieśli głowy.
Na twarzy Ane zobaczyłam szeroki uśmiech i płonące oczy.
- Wyciąg talerze i porozstawiaj na stole. – powiedziała wrzucając do wody ziemniaka.
- Oszalałaś! – krzyknęła Carla. – Przecież to, to potłucze wszystko co mamy, ile razy ją prosiłam żeby nakryła do stołu, to zawsze wszystko tłukła! A teraz nie, nie pozwolę, żeby to dziecko…
- Carla, spokojnie. – mruknął Anthony wychylając głowę zza gazety. – Ruth nakryj do stołu.
Wielce zadowolona, pokazałam język Carli, niech się wypcha! Jest beznadziejna, nie tylko ja tak uważałam, ale Jake i Luther także, co do dziewczyn i Anthonego to nie mam pojęcia.
Widziałam jak cos w niej się gotowało, walnęła ścierką w blat kuchenny i wrzasnęła.
- To, że była z Aleksandrem nie znaczy, że może sobie na wszystko pozwalać!
- Carla… to tylko talerze. – powiedziała Ane.
- Od takich talerzy się zaczyna! Mogłaś tu w ogóle nie przychodzić, przynajmniej by był spokój!
- A idź, nie cierpię Cię tak samo jak ty mnie, a może nawet bardziej, jesteś dla mnie jak ta szmata. – mówiłam podnosząc szmatę do podłogi. – Masz, zaprzyjaźnij się z samą sobą.
Rzuciłam kawałkiem materiału w jej stronę, a ta się rozpłakała i wyszła z kuchni.
¬ - Faktycznie, za dużo sobie pozwalasz. – powiedziała Sophie wycierając ręce o spodnie i ruszyła za Carlą. Ane popatrzyła tylko na mnie ze smutkiem w oczach i również wyszła.
- To mogę nakryć? – zapytałam Anthonego, jednak ten nic nie odpowiedział, więc wyciągnęłam talerze i porozkładałam je na stole, potem dosiadłam się do Luthera i Jake’a, razem zaczęliśmy oglądać jakiś beznadziejnie nudny film. Po niecałych piętnastu minutach dziewczyny zeszły pięknie wystrojone, oprócz Ane, która poszła jeszcze zrobić budyń. Spojrzała na stół i na mnie…
- Ruth, nie lepiej gdyby wziąć te białe posrebrzane talerze z kredensu na górze?
- No dobra. – powiedziałam, pozbierałam zastawę, która leżała już przygotowana na stole i poszłam po drugą. Schodząc ze schodów z nowym kompletem talerzy, zobaczyłam uśmiechniętą Carle i jej napuchnięte oczy.
- Tylko spróbujesz, a Cię zabije. – powiedziałam, doskonale wiedziałam co chce zrobić, wywalić mnie razem z talerzami. Weszła na pierwszy schodek, a uśmiech jej się powiększał, weszła na drugi, trzeci…
¬ - Nie daruje Ci tego, przysięgam! – warknęłam.
- Warczysz jak pies, moja droga. – stanęła obok mnie, Kiedy ja stawiałam stopę na schodku, ona robiła to samo, aż doszłyśmy do ostatniego.
- Żegnaj Ruth. – uśmiechnęła się i popchnęła mnie z całej siły. Uderzyłam twarzą w pudełko, z którego wyleciały miliony kawałków talerzy, poczułam, że po mojej twarzy spływa coś ciepłego. Carla patrzyła na mnie z nienawiścią, a ja wyciągnęłam broń i doskoczyłam do niej łapiąc ją z tyłu za ręce.
- Zabije Cię! Rozumiesz?! Zabije! – wrzeszczałam, a Carla się wyrywała, w końcu zaczęłam krzyczeć ‘pomocy’, nie spodziewała się, że jestem zdolna zrobić coś takiego jednak miło było patrzeć jaka była bezradna, wszyscy zbiegli się na główny hol i spojrzeli na nas. Przyłożyłam jej broń do skroni i szepnęłam do ucha
- JA potrafię strzelać, nie to co Ty MOJA DROGA.
- Ruth odłóż broń, w tej chwili. – powiedział Luther.
- Nie chce. Chce ją zabić, zabić i zabić! Rozumiecie?! Chce ją zabić…
- Ruth… odkładaj to natychmiast! – powiedział podniesionym tonem Antohny.
- Nie!
W tej chwili coś z tyłu złapało mnie za ręce, broń wyleciała, a Carla uciekła wpadając w ramiona Luthera, cała drżała. Ja leżałam na Jake’u i krzyczałam
- Puść ją! Luther słyszysz?! Puszczaj ją! Puść, puść! Puszczaj! ¬– i w tej właśnie chwili, to ja się rozpłakałam. Wszyscy na mnie spojrzeli. Carla też… Jake rozluźnił uścisk. Ja podeszłam do Luthera, który już nie trzymał dziewczyny i mocno się do niego przytuliłam. Wszyscy dziwnie patrzyli, a za chwilę zawróciło mi się w głowie i upadłam.
Kiedy się obudziłam, leżałam w łóżku Any, a obok mnie siedziała Janet.




Za wszelkie błędy ortograficzne przepraszam,
sprawdzałam nie raz nie dwa, ale zapewne jakiś się dopatrzycie.
Pozdrawiam i życzę miłego czytania.
Mab

mab 17/03/2010 09:48:35 [komentarzy 1] Komentuj

Opowiadanie. Rozdział I



- Ja przez Ciebie oszaleję! – krzyknął Aleksander.
- Nie bądź na mnie zły… proszę. – jęknęłam, choć wiedziałam, że jeszcze jedno moje słowo, a jego po prostu rozerwie i mimo wszystko palnęłam – Głupio jest.
- Z czym? – spojrzał na mnie spod brązowych włosów i usiadł na kanapie chwytając się za skronie.
- Ze wszystkim..
- Co Ty gadasz?!
- Nie wiem…
Wyciągnął nerwowo paczkę papierosów i drżącą ręką zapalił jednego. Spojrzał jeszcze raz na mnie wstał i powiedział
- Nienawidzę Cię za to, że muszę Cię kochać..
I wyszedł.
Znowu się pokłóciliśmy, o nic.. nie kochaliśmy się jak kiedyś, było za późno, on opętany przez wszystkie morderstwa, ja zbyt słaba żeby mu pomóc.. albo poprostu nie chciałam.
Wyszłam na podwórko, śnieg już stopniał, zima mówiła „dowidzenia”, a ja za nic w świecie nie chciałam wiosny.





5 lat później.
Wiosna.





- Co to ma być? – zaśmiała się Carla i spojrzała na mnie od góry do dołu. – To miała być suknia balowa! A nie jakaś taka… nawet nie wiem jak to nazwać.
Spojrzałam na nią wściekle i od razu się zamknęła. Niestety po chwili przyszła także Sophie i Ane.. te trzy panie doprowadzały mnie do pasji szewskiej, w ogóle do siebie nie pasowałyśmy, a oni przydzielili nas do jednego domu.. dzień w dzień dostawałam apopleksji.
- No ty chyba żartujesz! – powiedziała Ane podchodząc do mnie i chwytając za ramiona. Śmiech z twarzy jej nie schodził, niby miała powody, ale czasem jej usta naprawdę mogły by tworzyć cienką linię. Mimo wszystko, chyba najbardziej z dziewczyn tolerowałam właśnie ją. Ane była piękna, wybitnie grała na pianinie i w ogóle, potrafiła zabijać, nie cackała się z bronią tak jak Carla i Sophie. Jake miał szczęście ponieważ Ane była zabójczo piękna. Nie raz i nie dwa wrogowie łapali się na jej urodę. Długie kręcone włosy, którym do blasku nie potrzebny był ani jeden promyk jakiegokolwiek światła, długa twarz szpiczasty podbródek, śniadawa cera i pełne malinowe usta. Jednak najpiękniejsze miała oczy, duże i kasztanowe, wiele sobie kryły, a każde spojrzenie było przepełnione wdziękiem. Ane była piękna i to nawet bardzo. - Chodź, mamy jeszcze dwie godziny do tej całej imprezy, szybko Cię wystroimy. – wyrwała mnie z transu i znowu się uśmiechnęła, ale teraz chcąc nie chcąc odwzajemniłam uśmiech.
Dziewczyny wyciągnęły z szafy jakąś gigantyczną suknię balową, była cała szara, prawdopodobnie szyta z jedwabiu, choć ciężko było określić. Miała kremowy gorset przez który przepleciona była szara wstążka, a dół był jedną wielką bombką.
- Utopię się w niej. – skwitowałam.. i zaśmiałam się w duchu.
- Cicho, zabijać umiesz, to sukienkę też jakoś utrzymasz. – puściła do mnie oko Ane.
Teraz tylko siedziałam w fotelu, a koło mnie biegały dziewczyny.
- Że też akurat tobie dali to zadanie. – powiedziała Sophie nakładając mi błyszczyk na usta.
- Fuu! Truskawki! – oblizałam wargę i wystawiłam język na znak obrzydzenia.
- Daj jej szminkę. – powiedziała Carla i podała mały przedmiocik Sophie.
- Uwierz Sophie, wolałabym, żebyście to wy, szły na ten cały bal.. i same odstawiały taki cyrk!
- Cicho Ruth, cicho.. – mruknęła Ane przypinając mi do włosów jakieś całkowicie zbędne spinki.
Minęło może jeszcze pół godziny, a te dopinały, odczepiały, doszywały, malowały, układały..
- No gotowa.. – szepnęła Ane i odwróciła w moją stronę lustro, niczym w jakiejś bajeczce.
Spojrzałam na siebie.. sukienka, była za duża, ale nie rzucało się to za bardzo w oczy, byłam najmniejsza i prawdopodobnie najchudsza z całego tego towarzystwa i chyba dlatego, ciężko było znaleźć na mnie jakiekolwiek ubranie. ..gorset był za mocno zaciśnięty i to za bardzo, czułam jak krew mi pulsuje i błaga o uwolnienie... w dodatku ta kokarda wiązana z tyłu… to jeszcze bardziej nie pozwalało mi na prawidłowy wdech. Sukienka sama w sobie była ładna, ja wyglądałam w niej okropnie.
- O Ruth, jak ty pięknie wyglądasz! – zaśmiał się Jake obejmując w pasie Ane i dając jej buziaka w czoło.
Odwróciłam się, przyszli chłopcy.. złożyłam ręce i w myślach mówiłam, że nigdzie nie pójdę, nie w takim stroju. Jake, Luther, i Anthony. Jake i Luther śmiali się ze mnie, a ja chciałam śmiać się razem z nimi tylko coś mi nie wychodziło. Anthony spojrzał lekceważąco i poszedł na górę, tylko on był normalny z tego całego domu.. on i Ane.
- Uważaj bo wbiję Ci nóż w gardło. – zazgrzygotałam zębami i z uśmiechem zwróciłam się do Luthera. - Dobra podwieziesz mnie? – spojrzałam w stronę chłopaka.
- Jasne, tylko.. musze się chyba przebrać za szofera nie? – parsknął śmiechem.
- To nie jest do cholery śmieszne! Pośpiesz się!
Wgramoliłam się do samochodu z małą pomocą dziewczyn, podały mi jeszcze walizeczkę i poszły do domu, teraz czekałam tylko na Luthera. Ku mojemu zdziwieniu w samochodzie pojawił się Anthony.
- A Luther gdzie? – zapytałam.
- Mam załatwić jeszcze jedną sprawę więc od razu Cię podwiozę. – powiedział przyjemnym dla ucha barytonem.
- Okej… - skapitulowałam i otworzyłam walizeczkę. Wyciągnęłam pistolet i schowałam go pod sukienką.. nie było wygodnie, zwłaszcza, że broń uciskała.
- Anthony.. jak dojedziemy obudź mnie proszę. – mruknęłam jeszcze w jego stronę, poczym szybko zasnęłam.


- Wyłazimy.. – powiedział Anthony klepiąc mnie po ramieniu.
Szybko się otrząsnęłam i przyłożyłam ręce do twarzy chcąc przetrzeć zmęczone oczy, nagle na swoich dłoniach poczułam inne, zimne i delikatne, obie pary rąk oderwały się od mojej głowy. .
- A, a – kiwnął palcem Anthony. – Chyba nie chcesz aby Ci się zmył makijaż.
Poczym szybko mnie wysadził i popoprawiał.
- Zostaw, dam sobie radę. – uśmiechnęłam się do niego.
- Muszę Cię odprowadzić.. jako szofer doskonale o tym wiesz..
- Wiem, wiem.. – powiedziałam i dystyngowanie podałam rękę Anthonemu.

Tak zostałam wprowadzona na wielką salę balową, nie znosiłam balów, ani innych podobnych zabaw. Pełno tu było obskurnych dziadów którzy przybywali tylko na alkohol, albo na młode łatwe panny. Jakiś miły lokaj sprawdził moje ‘przybrane’ nazwisko i odprowadził na miejsce siedzące. Wchodząc do Sali oślepił mnie blask girland i srebrnego światła, które obijało się od marmurowej podłogi. Wszystko wydawało się nieskazitelnie czyste, jednak dużo udziału miały tutaj brudne łapy jakiś partaczy, którymi nie tylko ja jedna gardziłam. Usiadłam przy jednym z okrągłych stołów okrytych białym obrusem. Chwilę później mój kieliszek został napełniony czerwonym winem.
Zewsząd rozbrzmiała muzyka i wszyscy poderwali się do góry, skoczni mężczyźni garnęli do tańca, a ja kryłam się pod obrusem.
- Można prosić? - spojrzałam na twarz i wystającą dłoń jakiegoś chłopaka poczym szybko podałam mu swoją.
Kręcił mną wokół innych par i uśmiechał się ochoczo.
- Widziałem panienkę, kiedy skrywała się pod stołem, bardzo nieładnie, zwłaszcza, że Panienka taka piękna. – teraz aż poraził mnie blask jego zębów.
- Odbijany! – usłyszałam z tyłu i już znalazłam się w objęciach innego pana.
Nie potrafiłam tańczyć, wręcz deptałam moim partnerom po palcach, ale najwidoczniej wcale im to nie przeszkadzało.
Kiedy muzyka ucichła Aron, tak nazywał się jeden z młodzieńców z którymi miałam przyjemność zatańczyć, odprowadził mnie na miejsce i dostojnie pocałował moją dłoń.
- Śnieżnobiała skóra, księżniczko . – mruknął odchodząc. Policzki zaczęły piec, a cała twarz oblała się rumieńcem.
Wiedziałam, że tak się skończy. Podali przystawki, a goście rzucili się do stołów. Nie miałam najmniejszej ochoty próbować jakiegokolwiek jedzenia. Dokładnie obserwowałam każdego człowieka i znalazłam cel. Miałam zabić brodatego mężczyznę, nie wiem kim dokładnie był, miałam zadanie i musiałam je wykonać. Po pół godziny, może dłużej, znowu rozbrzmiała muzyka. Wszyscy zakładali maski, nie wiedziałam o co chodzi, ale koło mojego srebrzystego talerza także leżała złota maska, założyłam ją i zwinnie zapięłam . W tej samej chwili, kiedy maska została usytuowana na mojej głowie podszedł do mnie jakiś chłopak również w zakrytej twarzy i poprosił do tańca. Zgodziłam się bez zastanowienia i znowu wirowałam w objęciach. Tyle, że ten miał odwagę ściągnąć maskę.
W tej właśnie chwili chciałam wyrwać się z jego ramion, ale nie było rady. Trzymał mnie za mocno i kontrolował każdy mój krok.
- Spokojnie Ruth.. – szepnął mi do ucha, a ja uśmiechnęłam się do niego najszerzej jak mogłam.
Scott, człowiek który zabił Aleksandra. Przycisnął mnie mocniej do swojej piersi, a mnie robiło się niedobrze.
- Jak miałaś czelność tutaj przyjść, w dodatku zabić jakąś niewinną osobę i przybrać jej nazwisko.. nie wstyd Ci? – zapytał uśmiechając się.
- Nie. – odpowiedziałam i również ściągnęłam maskę.
Przyłożył swoje zimne czoło do mojego, cholernie rozpalonego i znowu się uśmiechnął.
- Zaraz rozstrszlę Ci łeb, jeżeli go nie zabierzesz.- powiedziałam przez zęby.
- Nie zrobisz tego.. widzisz moja droga.. – tu zatoczyliśmy kółko – Tam na balkonie stoi ‘ochroniarz’ w granatowym garniturze, tak samo koło stołów i obok wejścia.. trzech na jedną.. albo raczej hm… dwudziestu? Jak nie jest ich tu więcej. Coś nie wydaje mi się, że Ci się to uda… - zabrał głowę, a w mojej już się kręciło, gdyby mnie nie trzymał prawdopodobnie bym upadła, był z niego jakiś pożytek.
- Nie doceniasz mnie.. - mruknęłam
- Być może. – powiedział i pociągnął mnie przez tłum tańczących par.
Znaleźliśmy się w sali, po zapachu stwierdziłam, że jest to pokój dla palaczy i tak też było.
Scott usiadł i posadził mnie koło siebie.
- Chcesz? – zapytał wyciągając papierosa z paczki.
- Bydle. – przewierciłam go wzrokiem.
Mimo wszystko był piękny i nie jedna ‘dama’ nie mogła mu się oprzeć, a ja miałam dość. Zrozumiałe powody i wszystko mnie od niego odpychało i pomyśleć, że był najbliższym przyjacielem Aleksandra. Kruczoczarne włosy i takie same lśniące oczy.. głupi Scott, był taki piękny i taki.. zły.
- Co masz teraz zamiar zrobić? - zapytał.
- Wyjść stąd.. – mruknęłam i wstałam, a ten chwycił mnie za nadgarstek.
- Piękny zapach perfum… saruvari? – spojrzał mi prosto w oczy.
- Nie mam pojęcia. – zabrałam rękę i zaczęłam iść w stronę wyjścia.
- Powodzenia! – krzyknął jeszcze w moją stronę, a ja znalazłam się już za drzwiami.
Broń była na swoim miejscu, założyłam jeszcze szybko maskę i ruszyłam w stronę ‘brodacza’
Ustawiłam się koło niego i szepnęłam mu do ucha jakieś ponętne słowa, od razu za mną poszedł, a kiedy znaleźliśmy się za wielką kurtyną wyciągnęłam broń i przyłożyłam mu ją do skroni. Zrobiłam to natychmiastowo bo nie miałam zbyt wiele czasu, wiedziałam bowiem, że Scott zaraz wszcze alarm.
- Nie krzycz bo i tak Cię zabije, w imię sprawiedliwości? Niech tak będzie. – wymruczałam słowa, które zawsze musieliśmy mówić poczym nacisnęłam spust.
Po jego fraku polała się krew, nikt chyba nie usłyszał strzału, przynajmniej taką miałam nadzieje. Szybko znalazłam tylne wyjście i uciekłam.
Biegłam przez las, potem była polana i znowu las. Po dwóch, trzech godzinach znalazłam się w mieście skąd zadzwoniłam do domu, aby ktoś po mnie przyjechał. Usiadłam na ławce i czekałam, dziwiło mnie to, że tak łatwo mi poszło, aż za łatwo, ale cóż takie życie.
Po piętnastu minutach siedziałam już w samochodzie, śmiejąc się z Luthera, który wówczas śmiał się ze mnie.. No tak, byłam ubrana w piękną sukienkę, która teraz wyglądała jak jeden wielki flak, zabłocona, potargana i obszarpana… gorset odstawał, a kokarda została doszczętnie zniszczona.
- Biegłaś trzy godziny? – zaśmiał się.
- Noo.. bez wytchnienia. – uśmiechnęłam się.
- Widziałaś Scotta? – zapytał nagle, a mnie aż zamurowało.
- Wiedziałeś, że tam będzie?! – krzyknęłam.
- Wszyscy wiedzieli – powiedział odpalając papierosa. – Dlatego tobie dali to zadanie, bo wiedzieli, że nie będziesz się z nim cackać. Zabiłaś go?
- Słucham?!
- No, miałaś zabić jakiegoś obleśnego starucha.. i każdy myślał, że zabijesz od razu Scotta..
- Nie zabiłam. – spojrzałam na niego wściekle i przeszłam na tylne siedzenia.
Dojechaliśmy do domu, szybko weszłam do środka i trzasnęłam drzwiami frontowymi drąc się na cały głos, że mieszkam z bezlitosnymi egoistami. Bo taka była prawda. Pobiegłam do swojego pokoju i szybko się przebrałam, a sukienkę Ane wrzuciłam do kubła z praniem..
Usiadłam na parapecie i zapaliłam papierosa. Noc była przyjemnie chłodna i o dziwo po godzinie przyszedł Anthony i zajął miejsce naprzeciwko mnie.
- Nie mogę uwierzyć.. jak mogliście mi to zrobić. – mruknęłam w jego stronę i wyciągnęłam paczkę papierosów. Zabrał jednego i odpalił wypuszczając mi prosto w twarz kłęb dymu.
- Dzięki.. – powiedziałam i się uśmiechnęłam. On również. – Nie powinieneś palić. – dodałam szybko.
- Mam świadomość, a nie rzucam. – odpowiedział.
- Przynajmniej będziesz wiedział na co umrzesz. – zeskoczyłam z okna i potknęłam się o zostawione na podłodze dzwonki.
- Jesteś hałaśliwa.. i arogancka. – odwrócił głowę w moją stronę. - W dodatku masz tu wielki syf.
- Przynajmniej wydostałam się z pułapki. –wstałam z podłogi. Z szafy wyciągnęłam wielkie glany i zaczęłam je wiązać. Potem ubrałam pelerynę i wielką czarną czapkę.
- Ah Ruth.. Ty sama jesteś ta pułapką. – powiedział, a ja zwinnie wyskoczyłam przez okno.
- Być może. Dobranoc Anthony. – nie wiem czy to usłyszał, ponieważ krzycząc to byłam przynajmniej z dziesięć metrów od domu. Poszłam na grób Aleksandra i położyłam się na nim. Wzięłam garstkę ziemi i zmieliłam ją w ręce.
- Tak, tak.. też tęskniłam. – powiedziałam i zamknęłam oczy.



Czekam na waszą krytykę.
Z góry przepraszam za literówki,
które pewnie znajdą się w tekście.

Mab.


mab 28/01/2010 20:29:16 [komentarzy 14] Komentuj

Linki

Archiwum

2010
Marzec
Styczeń



Layout by Lomuelle © Szablony.Blogowicz.info
Blog & dodatki na bloga